LUDWIK TOMIAŁOJĆ
„Test Białowieża” (Aura 2 i 4/2002) to trafny tytuł. Tyle, że test ten
pokazał nie tyle brak woli kompromisu ze strony zwolenników powiększenia parku
narodowego, co słabe strony samej tej wypowiedzi. Dobrze jednak, że dzięki niej
Czytelnicy mogli się zapoznać ze sposobem myślenia o Puszczy Białowieskiej (P.B.)
przedstawicieli centralnej administracji leśnej. Pan Naczelnik, Dr inż R.
Kapuściński, znany jako propagator ekologizacji leśnictwa, tym razem zawiódł,
zajmując postawę nie różniącą się od stanowiska zacofanej części leśnictwa
związanej z regionem płn.-wschodnim. Wręcz zadziwia mnie, jak znacznie już owe
„wschodniopolskie” poglądy różnią się od treści nauczanych na poznańskim (por.
Barzdajn i współautorzy 1999.„Leśnictwo proekologiczne”) lub krakowskim wydziale
leśnictwa.
Ogólna myśl artykułu zachęcająca do kompromisu oraz pewne jego akapity
perswadujące są oczywiście godne uwagi. Istotnie, jesteśmy „skazani” na siebie i
musimy negocjować, tym bardziej że żadna ze stron nie ma monopolu na wiedzę
bezbłędną. Zgodnie z dzisiejszymi wymogami wiedza empiryczna winna być jednak
weryfikowana (falsyfikowana) przez powtarzane doświadczenia i przez poddawanie
jej krytyce. Spory i dyskusje pozwalają uniknąć w opiniowaniu naukowym
dogmatyzmu. Niestety, co się tyczy szczegółowych uwag Autora, to zostały one
zaadresowane tylko do jednej strony sporu, przy niedostrzeganiu ułomności
stanowiska swojego „obozu”. Zmusza to do podjęcia korygującej polemiki.
Wypowiedź Jego nie jest też tak bardzo kompromisowa. Do tego ocenę faktów (np.
walorów przyrodniczych Puszczy) bezpodstawnie zastrzega sobie, ignorując oceny
bardziej kompetentnych w zakresie ochrony przyrody gremiów, jak Rada Naukowa BPN
lub Komitet Ochrony Przyrody PAN.
Kilka aspektów tej wypowiedzi omówię dokładniej. Są nimi: jednostronność i
wąskość spojrzenia, brak alternatywnej wizji przyszłości Puszczy, przemilczenie
stanowiska autorytetów i gremiów naukowych, nieznajomość dzisiejszych wymogów
ochrony przyrody, nieładne przypisanie ludziom wysoce ideowym działania z
niskich pobudek. Szczególnie niepokoi fakt, że te dość bałamutne opinie i
oskarżenia wyszły spod pióra członka Państwowej Rady Ochrony Przyrody (PROP).
Dowodzi to zasadności opinii, że w składzie tego ciała doradczego ostatnio
znalazło się sporo osób nie rozumiejących nowoczesnej ochrony przyrody, a nawet
jej niechętnych. Ale skupmy się na wypowiedzi.
1. Zaściankowość spojrzenia. Zdumiewa, że przedstawiciel centralnej
administracji, jak lokalny leśnik, widzi P.B. tylko na tle Podlasia, ignorując
jej udokumentowane znaczenie ogólnonarodowe, światowe i ponadpokoleniowe.
Przemilcza fakt, że jest ona uważana za dziedzictwo ludzkości oraz że istnieje
dzięki pięciu wiekom roztaczanej przez władców ochrony (co jest swoistą
„inwestycją” zobowiązującą do jej kontynuowania), lub to, że polski park
narodowy w P.B., będąc jednym z najcenniejszych na niżu kontynentu, jest zarazem
jednym z najmniejszych parków europejskich. Argumenty te były
przedstawiane przez poważne gremia (Radę Naukową BPN, Komitet Ochrony Przyrody
PAN, Polski Komitet Światowej Unii Ochrony Przyrody – IUCN). Przeoczony też
został ważny punkt, że P.B. winna w przyszłości służyć całemu społeczeństwu i
mieszkańcom Europy, a nie przede wszystkim interesom nie będących jej
właścicielem lecz administratorem Lasów Państwowych. O tym zaś, jak będzie
służyć, zadecydują w szczegółach przyszłe pokolenia, gdy prędzej czy później i w
tym parku narodowym będą pracować obok leśników także biolodzy i absolwenci
ochrony środowiska. To oni w dialogu z miejscową ludnością ukształtują przyszłe
formy ochrony i gospodarowania. Zadaniem naszego pokolenia jest możliwie
najszybsze wstrzymanie przekształcania ostatnich prawie pierwotnych drzewostanów
Puszczy w sadzone przez leśników „atrapy” lasu. Bo takie atrapy prawdziwych
ekosystemów mamy na większości krajowych obszarów leśnych. I to powinno
wystarczyć! Właściwa skala, na tle której powinno się rozpatrywać bilans
pomiędzy gospodarowaniem a ochroną ekosystemów leśnych, to co najmniej obszar
kraju. W Polsce ponad 95% lasów jest objętych różnym gospodarowaniem, podczas
gdy ściśle chronione lasy nawet po objęciu całej P.B. granicami parku narodowego
jeszcze nie stanowiłyby 3,5% powierzchni leśnej. Która zatem strona winna
wykazać większą skłonność do kompromisu? Wciąż ta sama, nie dysponująca dziś
nawet 3% całości?
2. Brak wizji przyszłości. Przyszłość nie powinna być prostą
ekstrapolacją dawnych tradycji, choćby najświetniejszych. Trzeba ją tworzyć
według nowych wzorców i w oparciu o światową (a nie zaściankową) wiedzę, oraz z
wizją jutra. Skupienie uwagi na podważaniu propozycji przeciwników (nota bene
bez jej skrótowego zarysowania Czytelnikowi) nie pozostawiło Autorowi miejsca
dla przedstawienie wizji alternatywnej. Jak ma wyglądać ów „raj” leśniczy, kiedy
już wytnie się stare drzewostany poza rezerwatami, a cena drewna z Białorusi
będzie nadal niższa niż naszego? Co na tamten czas proponuje się mieszkańcom
rejonu, jeśli odrzuca wizję rozwiniętej turystyki jako „mrzonkę”? Wykształcone
lepiej od dawnego młodsze pokolenie mieszkańców rejonu Puszczy widzi jednak
coraz wyraźniej, że zacięty opór konserwatystów nie przetwarza się na wizję
lepszego jutra. I nie czekając na blokowane decyzje już dziś inwestuje w bazę
turystyczną: w ciągu ostatnich dwóch lat powstały w Białowieży trzy hotele i
setki prywatnych miejsc noclegowych. To chyba coś znaczy?
Turystyka
i rekreacja są najszybciej rozwijającą się gałęzią światowej gospodarki.
Załączony wykres pokazuje jak mogą rosnąć pochodzące z nich dochody. Ale w
rejonie P.B. ponoć „i tak nic z tego nie będzie”, jak to ujął pewien wójt
po wysłuchaniu prezentacji naprawdę interesującej propozycji opracowanej dla
regionu puszczańskiego przez fachowców od turystyki. I teraz oto ów parafianizm
wójta zostaje podparty przez rzecznika administracji centralnej, także
wiedzącego lepiej niż świat, iż jakoby nie dało się rozwinąć turystyki w żadnym
nizinnym parku narodowym.
Tymczasem przyszłość Podlasia zdaje się być zależna od losu dalekowzrocznej idei
„Zielonych Płuc Polski i Europy” i od jego nieprzeciętnej szansy turystycznej.
Mieszkańcy owego regionu winni przecież zdawać sobie sprawę z tego, że nie na
zawsze autostrada A-2 (łącząca Paryż-Berlin-Warszawę z Mińskiem i Moskwą)
pozostanie zatorem komunikacyjnym, podobnie jak czasowo tylko zatorem
politycznym jest Białoruś. Prędzej czy później zachodni turyści ruszą masowo na
zwiedzanie Wschodu. Ale wtedy będzie za późno by próbować ich zainteresować
Podlasiem, choć ma ono wspaniałe okolice, jak Puszcza Białowieska i Knyszyńska,
dolina Bugu, Narwi i Biebrzy. Do tego to wszystko leży ledwie około stu
kilometrów od autostrady A-2 oraz obok przyszłej Via Baltica. Na co więc
czekamy? Aż Białoruś i Rosja się otworzą, kusząc atrakcyjniejszymi obiektami
kulturowymi i przyrodniczymi?
3. Mijanie się z prawdą. W artykule stwierdza się autorytatywnie, że
„Puszczy nic nie grozi”, jeśli pozostanie poza parkiem narodowym. Czyżby?
Wnikliwi badacze przyrody wiedzą, że to naciągana propaganda. Z każdym miesiącem
i rokiem lasy te są przekształcane w trywialny las gospodarczy jakich wiele,
tworzony z sadzonych ręką ludzką, a nie samosiejnych drzewostanów. Istniejące
uprzednio nieprzerwanie od ok. 8000 lat ekosystemy pierwotnej P.B. dopiero w 20.
wieku zaczęto zastępować drzewostanami wtórnymi. Proces ten postępuje nadal w
nieco tylko spowolnionym tempie. Nie kto inny, jak leśnik prof. E. Więcko (1972
„Puszcza Białowieska”) wykazał, że jeszcze w r. 1915 aż 80% jej drzewostanów
miało powyżej 100 lat. Dziś fragmenty prawie pierwotnych drzewostanów poza małym
parkiem narodowym stanowią już ponoć tylko 6,7% całości. Co spowodowało ich taki
zanik, jeśli nie użytkowanie gospodarcze? A czy trwające niemal do dziś
pozyskanie drewna w wymiarze do 120 000 m3na rok (a bywało i dwa razy większe)
to nie dalsze zagrożenie dla resztek pierwotnych wartości Puszczy? Dr
Kapuściński przyznaje, że już mało co zostało, ale nie po to by wzywać do
ochrony, lecz by wyciągnąć wniosek, że w takim razie nie bardzo już jest tam co
chronić poza rezerwatami. Tymczasem światowy dokument „Dbając o Ziemię” (Caring
for the Earth, 1991) lansujący ideę rozwoju zrównoważonego zaleca nawet w lasach
gospodarczych chronienie wszelkich resztek naturalnych drzewostanów. A tam,
gdzie już ich nie ma - to wzorem Zachodniej Europy – trzeba odtwarzać
drzewostany quasi-pierwotne. Np. holenderski park narodowy Hohe Veluwe (ok. 200
km2) jest tworzony drogą scalania resztek lasu porozdzielanych wręcz polami.
Trzeba
też wskazać na podręczniki traktujące o historii P.B. (Karcova 1903, Falińskiego
1968 i Więcki 1972), aby Pan Naczelnik przekonał się, że nie jest prawdą, jakoby
dziś lasy objęte Leśnym Kompleksem Promocyjnym były chronione „... w stopniu,
jakiego nie było w dotychczasowej historii Puszczy Białowieskiej”. Jest to
tworzenie kolejnego mitu. Załączony wykres podważa prawdziwość tak
optymistycznej konkluzji. Bo czyż kiedykolwiek w ciągu wieków od 15-go do18-go,
a nawet przez większość wieku 19-go, pozyskiwano w niej łącznie do 120 tys. m3
rocznie, jak w ostatnich dziesięcioleciach? Czyż większość dzisiejszego obszaru
Puszczy nie była kiedyś wielkim rezerwatem ścisłym, z lokalnym tylko i okresowym
pozyskiwaniem surowca drzewnego lub potażu? Puszcza była głównie okrajana i
zmniejszana na obrzeżach oraz użytkowana w płatach borów sosnowych, ale trwała w
matecznikach mało zmieniona aż do początku wieku 20.
3. Manipulowanie opiniami. Dr inż. Kapuściński apeluje o rzetelność w
wypowiedziach. Jest oczywiście prawdą, że w niektórych wystąpieniach zwolenników
poszerzenia parku pojawiały się demagogiczne określenia i krzywdzące oceny.
Niestety, takie same potknięcia zdarzają się i Autorowi. Czyż nie jest bowiem
krzywdzeniem części adwersarzy cytowanie tylko najbardziej emocjonalnych opinii
organizacji prośrodowiskowych, a przemilczanie bardziej wyważonego głosu gremiów
naukowych? Wydawałoby się, że dla nas wszystkich zbiorowymi autorytetami jest w
zakresie leśnictwa Komitet Nauk Leśnych PAN, a w zakresie ochrony przyrody
Komitet Ochrony Przyrody PAN. Mamy też wydane przez nie książki i prace naukowe
uzasadniające unikatowe wartości P.B., a mimo tego Pan Naczelnik czuje się
uprawniony do wyrażania powątpiewania i do sugerowania, że druga strona nie
uzasadniła swego stanowiska „merytorycznie”, wreszcie do pisania o istniejących
„różnicach poglądów”. Owszem, różnice poglądów istnieją, ale głównie między
znającymi stan rzeczy wybitnymi fachowcami od leśnictwa i ochrony przyrody, a
osobami nie czytającymi w tym zakresie niczego nowego. Czy równoważne
traktowanie opinii tych drugich nie jest jednak sprzeniewierzeniem się
racjonalizmowi i wspieraniem demagogii?
Nieprawdziwy jest główny zarzut Autora, jakoby po stronie ochroniarskiej
brakowało propozycji kompromisowych. Otóż w r. 1997 na sesji w Sękocinie
członkowie Komitetu Nauk Leśnych PAN (czołówka uczonych leśnictwa) i członkowie
Kom. Ochrony Przyrody PAN zgodnie stwierdzili, że:
a) przyrodnicza i kulturowa wartość P.B. jest tak wielka, iż cała ona
zasługuje na docelowe objęcie parkiem narodowym, w którym będzie służyć i
przyrodzie i ludziom;
b) uwzględniając jednak różne trudności, proponuje się dochodzenie do tego celu
etapami.
Niestety, propozycji tej nie podjęto, i to po obu stronach sporu, starając się
ją zignorować lub zakwestionować. Szczególnie niechętne komentarze do tej
uchwały wydały władze leśnictwa w Białymstoku. Dziwi zatem, że Pan Naczelnik
pyta: „Dlaczego obrońcy Puszczy nie proponują bardziej umiarkowanych rozwiązań”,
jakby nie wiedział o uchwale sękocińskiej, ze strony uczonych-leśników
podpisanej przez obecnego przewodniczącego PROP. To z powodu braku poparcia dla
owej drogi kompromisowej i ewolucyjnej dziś zamiast powiększonego w kolejnym
akcie parku narodowego do np. połowy obszaru Puszczy, mamy przepychankę, jak
między dziećmi w piaskownicy. Dobro wspólne zostało zapomniane, a szczytowym
wykwitem tej walki było żałosne widowisko w postaci obrzucenia byłego ministra
jajami, m.in. przez podjudzonych uczniów lokalnych szkół. W sprawie P.B. to
miejscowi leśnicy i samorządy zamarły w postawie: „Nie, bo nie”. Wyolbrzymione
chyba koszty transformacji oraz nowe przeszkody prawne wprowadzone niedawno do
Ustawy przez przeciwników ochrony przyrody (zatrudnionych w Ministerstwie
Środowiska) są zasłoną dymną dla zwykłej niechęci do wzięcia tego fragmentu
ojczystej przyrody ZNOWU pod ochronę. Nie twierdzę, że transformacja taka
jest łatwa. Dlatego trzeba by znaleźć drogę możliwie mało bolesną i mniej
kosztowną. Ale najpierw trzeba by jednak sprecyzować jasno hierarchię wartości i
cel, do którego zmierzamy. Mając świadomość wyznaczonego celu łatwiej jest
pokonywać trudności. W końcu powiększenie parku narodowego na obszar stanowiący
małą cząstkę polskich lasów jest łatwiejsze od wyprawy na Księżyc. A jednak
ludzie tam dotarli, bo wierzyli w sens swej misji, a nie tylko udawali, że chcą
ją realizować.
Komentarza wymaga poważne potraktowanie kuriozalnej opinii Stowarzyszenia Gmin
Puszczy Białowieskiej, które to grono choć nie ma w swym składzie
profesjonalnych przyrodników, to wypowiada się o braku zagrożenia dla Puszczy
(przecząc opiniom naukowych autorytetów - komitetów PAN), a następnie powołuje
się na rzekomo zagrożoną „wolność tych ludzi, którzy przez stulecia w zgodnej
symbiozie żyli z Puszczą i mądrze korzystali z jej bogactw”. Naiwnie aprobująca
te enuncjacje reakcja Autora jest wsparciem tej jawnej demagogii. Bo czyż
świadectwem owej rzekomej symbiozy miałaby być konieczność pilnowania przez
stulecia królewskiego lasu przez ok. 200 osoczników? Przed kimże to? Przed
niszczącym naciskiem właśnie owej „wolności, mądrości i kłusownictwa” ze strony
ówczesnych społeczności wiejskich. Doprawdy, pod wpływem negatywnych emocji
zaszczepionych im przez podjudzaczy ludzie nie wiedzą już co wypisują! A Pan
Naczelnik to bezkrytycznie akceptuje, podczas gdy w całym artykule ani słowem
nie wspomina o poważnej propozycji Rady Naukowej BPN p.t. „Zasady funkcjonowania
Białowieskiego Parku Narodowego powiększonego na cały obszar polskiej części
Puszczy Białowieskiej (Propozycja)”, Białowieża 2000, str. 63. Widać jasno, kto
dlań jest autorytetem w sprawach ochrony przyrody!
4. Nieznajomość podstaw nowoczesnej ochrony przyrody. Powtarzając
powielaną w pewnych kręgach opinię o braku zagrożenia dla walorów przyrodniczych
P.B. Pan Naczelnik zdradza się tym samym, że nie myśli kategoriami nowoczesnej
ochrony przyrody. Nie bierze pod uwagę takich koncepcji, jak minimalna wielkość
zdolnej do trwania populacji, metapopulacje, jak genetyczne, demograficzne i
odśrodowiskowe ograniczenia i zagrożenia dla dalszego trwania populacji rzadkich
gatunków. Nie wyjaśnia, gdzie w końcu te gatunki miałyby przetrwać przyszłe
stulecia, jeśli nie w P.B.? Gdyby znał te koncepcje i pojęcia, nie
kwestionowałby z taką pewnością siebie celowości powiększenia parku narodowego,
albo chociaż podałby racje dlaczego ich nie uwzględnia.
Czyż to nie paradoks, że członkowi PROP trzeba wyjaśniać jak niepewna jest
ochrona ekosystemów i procesów ekologicznych w obrębie dzisiejszych rezerwacików
przyrody łaskawie tworzonych nam przez leśników, jako rzekomej alternatywy dla
parku narodowego. Zauważmy, że żaden z tych obszarów nie odpowiada
najważniejszej międzynarodowej I-szej kategorii (strict nature reserves =
zapoviedniki). Wszystkie one są tylko rezerwatami zagospodarowanymi (managed
nature reserves), czyli obszarami chronionymi IV-tej kategorii międzynarodowej,
w których leśnicy mogą zgodnie ze zmienioną na ich korzyść naszą Ustawą o
ochronie przyrody wykonywać zabiegi nawet jawnie szkodliwe dla stanu
różnorodności biologicznej. Nagminnie i chyba celowo myli się w tym miejscu
ochronę lasu z ochroną przyrody, choć to dwie różne dziedziny, w niektórych
punktach (uwodnienie, metody odnowienia lasu, martwe drewno, owady-ksylofagi)
sobie wręcz przeciwstawne. Jest oczywiście prawdą, że zgodnie z dzisiejszym
prawem można wycinać drzewa i w parkach narodowych i w rezerwatach przyrody, i
co więcej, że niekiedy bywa to rzeczywiście uzasadnione. Ale żeby było dozwolone
niemal wszędzie, to już gruba przesada, czasem wręcz przyrodnicza „zbrodnia”.
Zdominowane przez leśników Ministerstwo Środowiska już przed kilkunastoma laty
zadbało o to, by wycofać z Ustawy o ochronie przyrody najważniejszą kategorię
ochronną, „rezerwat ścisły”, zastępując ją łatwiej usuwalnym i dającym się
obejść zapisem tylko w planie ochrony o stosowaniu gdzieś tam i w jakimś czasie
ochrony ścisłej. Z tego powodu wiele rezerwatów leśnych nie spełnia już
wymogów nowoczesnej ochrony przyrody. Ta zmanipulowana kategoria prawna staje
się koncepcją tylko leśników i często są to raczej ich „statystyczne rezerwaty
leśne”. To formalistyczne podejście do ochrony rezerwatowej krytykował już były
przewodniczący PROP, prof. R. Olaczek (Aura 8/1996). Bezskutecznie, bo nikt w
Ministerstwie przy kolejnych nowelizacjach Ustawy nie wziął owej oceny wybitnego
fachowca pod uwagę.
Tymczasem w innych krajach świata, odwrotnie, utworzono już 1460 wielkich
jednostek I-szej kategorii. A ponieważ są one ważniejsze nawet od parków
narodowych, to łatwo można by się zgodzić z nieświadomą tego faktu linią
argumentowania Pana Naczelnika, żeby tworzyć rezerwaty zamiast powiększania
parku narodowego. Twórzmy więc w P.B. rezerwaty, ale nie te „dla samej
statystyki”, lecz te wielkie i ścisłe rzeczywiste rezerwaty dla przyrody, czyli
coś w rodzaju Berezinskogo Zapovednika u sąsiadów na Białorusi. Jestem jednak
dziwnie spokojny, że nie o to chodzi „wschodniopolskim” leśnikom. Proponują oni
tylko „swoje” rezerwaty, nie wiedząc nawet, że ta nazwa ma dziś w świecie
dwojaką treść (kategorie I i IV). Trzeba będzie poczekać dopiero na zmianę
pokolenia, aby polskie prawo ochrony przyrody znowu służyło swojemu celowi, a
nie pozorowaniu ochrony na papierze.
Znamienne jednak, że zakłamanie naszej polityki ekologicznej, z której
nowoczesną ochronę przyrody niemal wyklęto przeznaczając na nią finansowe
ochłapy (wg GUSu tylko 0,05-1,5% posiadanych środków na inwestycje), trzeba
wyjaśniać nawet członkowi PROP. Do tego doszliśmy po drodze zamiany demokracji w
lobbokrację! Bo u nas to już de facto leśnictwo kieruje Ministerstwem
Środowiska, dyskryminacyjnie pozbawionym profesjonalnych ekologów jako
wykształconej i ideowej przeciwwagi. Przysłowiowy „ogon merda już całym psem”.
Pan Naczelnik nawołuje do wzajemnej zgody i szacunku. Bardzo słusznie. Ale
najlepszym wyrazem szacunku dla profesjonalnych ekologów i absolwentów ochrony
środowiska, których kształcę, byłoby ich zatrudnianie w Ministerstwie, w
dyrekcjach Lasów Państwowych i na szczeblu wojewódzkim. Zatrudnianie OBOK
leśników, zamiast jak dziś TYLKO leśników! Ekolodzy też są pełnoprawnymi
obywatelami naszego kraju!
Sam zaś wcale nie przyczyniając się do zapanowania zgody i szacunku Pan
Naczelnik dalej sugeruje obrażająco, jakoby brak zainteresowania tworzeniem
rezerwatów przyrody, zamiast powiększaniem parku narodowego, wynikał z
merkantylnej postawy naukowców-zwolenników, którzy chcą zarobić krocie na
przygotowaniu planu ochrony. Kwoty owe chyba nie są jednak znacznie większe od
tych, które stale zarabiają leśnicy przygotowujący plany urządzeniowe dla lasów
gospodarczych, ale skoro w drugim przypadku zarabiają „swoi”, to nie boli to ich
kolegę-Kalego. Tymczasem przyczyna jest całkiem merytoryczna. Tyle, że znowu
trzeba tu wyjaśniać abecadło ochrony przyrody, znane w krajach anglosaskich jako
„SLOSS debate”. Pytano w niej o to co lepiej, czy kilka wielkich obszarów
chronionych, czy dużo rozproszonych drobnych. Odpowiedź jest złożona. O ile sieć
niewielkich rezerwatów może sprzyjać ochronie gatunkowej drobnych roślin,
organizmów kryptogamicznych i wielu grup bezkręgowców, to niestety jest ona
rozwiązaniem nieskutecznym dla ochrony całych ekosystemów, przebiegu procesów
ekologicznych i zachowania zdolnych do trwania przez stulecia populacji
kręgowców. Te drugie funkcje trwale mogą być wypełniane dopiero przez duże
obszary chronione. Dualizm ten zmylił nawet niektórych działaczy ochrony
przyrody wspierających pomysł LKP „Puszcza Białowieska”, tych zajmujących się
akurat owymi drobnymi organizmami. Chyba dlatego nie dostrzegli oni niedostatków
obszarów chronionych IV-ej kategorii. A oto dowód na owe niedostatki: nawet dość
rozległy, choć znacznie mniejszy od parków narodowych, rezerwat „przyszosowy”w
P.B. nie zapewnia zadawalającej ochrony przyrody, bo w nim już nie ma ani
niezaburzonego ekosystemu, ani nawet jednej pary lęgowej tak zagrożonego
gatunku, jak dzięcioł białogrzbiety (T. Wesołowski 1995. w Biol. Conservation).
A to dlatego, że leśnicy pozbawili ten rezerwat zamierających i martwych drzew
dla uzyskania trywialnego efektu „ładnie wyglądającego” lasu. Formalnie
(statystycznie) mamy więc rezerwat, ale w monotonnie jednakowym stopniu zbyt
„uporządkowany”, co sprawia że nie ochrania on ani resztek pierwotnego
ekosystemu leśnego, ani najrzadszych puszczańskich kręgowców, ani setek gatunków
związanych z martwym drewnem.
Z kolei zbyt izolowane małe rezerwaty mogą nie zapewniać genetycznej jedności
dla puszczańskich metapopulacji mniej mobilnych gatunków, rodząc ryzyko: -
nasilonego działania dryftu genetycznego, - nasilonego rozrodu wsobnego, -
problemów demograficznych wynikłych z nierównej liczebności obu płci, -
nasilonego zagrożenia lokalnymi katastrofami naturalnymi w obliczu niestałości
ocieplającego się klimatu. Wszystkie te zagrożenia niosą wysokie ryzyko
wymierania izolowanych małych populacji. Co więcej, nawet w całej P.B., z
częścią białoruską włącznie, jest już aż 21 gatunków ptaków reprezentowanych
zaledwie przez jedną do 20 par lęgowych (Tomiałojć, 1995 Acta zool. cracoviensia).
Ich trwanie przez stulecia jest już pod znakiem zapytania, i to głównie z powodu
zredukowania właściwych dla nich pierwotnych biotopów w trakcie leśnego
użytkowania lub w wyniku pochopnego osuszenia terenu.
Kolejnym przykładem niezrozumienia zasad ochrony przyrody oraz leśnictwa
proekologicznego jest niedocenianie roli martwego drewna w normalnym
funkcjonowaniu ekosystemów leśnych. Świadczy o tym naiwne wskazanie, że przecież
skoro w P.B. wyznaczono 1000 starych drzew pomnikowych, to wszystko jest w
porządku. Ale niestety nie jest, bo tyle tylko starych drzew na obszarze 520 km2
oznacza JEDNO drzewo pomnikowe na każdym 0,5 km2. Tymczasem tylko niektóre z
nich są drzewami martwymi. I znowu, to już doprawdy wstyd nie znać piśmiennictwa
na ten, od 20 lat szeroko w świecie rozwijany, temat. Jako rzeczy całkiem
oczywistej byłem nauczany tego już podczas praktyki u kalifornijskich i
arizońskich leśników w roku 1990, a przez szwedzkich w r. 1994.
„Wschodniopolskie” leśnictwo jednak tej wiedzy jakby nie akceptowało.
5. Dlaczego trzeba powiększyć park narodowy w Puszczy Białowieskiej? R.
Kapuściński wciąż pyta, czy rzeczywiście dla zachowania walorów przyrodniczych
P.B. jest niezbędne jego poszerzenie. Niestety, rozważania mające podpierać Jego
wątpliwości są tendencyjnie wykoślawione, gdyż:
a) przedstawiono tylko kontrargumenty administracji leśnej, czyli strony
ambicjonalnie zainteresowanej nie utraceniem wpływu na królewską Puszczę,
b) przemilczano lub rozmyto argumenty za powiększeniem parku zestawione przez
grona naukowe.
To wykoślawienie umożliwiło Mu epatowanie zarzutem, jakoby z naszej strony
brakowało woli do kompromisu. Tymczasem wola taka jest, a byłaby jeszcze
wyraźniejszą, gdyby nie usiłowanie narzucenia nam metodą faktów dokonanych
ustępstw pozornych lub tymczasowych. Przykładem tego jest moratorium na wyrąb
starych drzew, które jako wprowadzone na odczepnego może w każdej chwili być
odwołane, za czym niestety jakby się opowiadał i Pan Naczelnik. Zdaniem nawet
leśników białostockich to moratorium „nie ma umocowania prawnego w żadnych
aktach wyższej rangi”. Dziś jest, a jutro może go nie być. Czy było to więc
ważkie ustępstwo ze strony administracji leśnej, czy raczej wybieg? Drugim
przykładem jest unik nazwany Leśnym Kompleksem Promocyjnym, będący zaskakującym
zastosowaniem skądinąd sensownego pomysłu Lasów Państwowych do eksperymentowania
na... jedynym u nas rangi światowej obiekcie leśnym. Eksperymentować zgodnie z
programem LKP oczywiście trzeba, choćby w całym kraju, ale głównie na głęboko
zmienionych lasach, przekształcając je spowrotem w naturalne ekosystemy leśne.
Ale czy ktoś widział, by rozważny właściciel eksperymentował na jedynym cennym
obiekcie, np. przebudowując Wawel na kasyno gry lub klasztor? Obie formy
zastępczej ochrony są więc wysoce niepewne, bo zależą od „widzimisię” aktualnego
zarządcy. Nie są podparte praktycznie nieodwracalnym aktem prawnym, który
dawałby społeczeństwu i mieszkańcom kontynentu gwarancję trwałej i skutecznej
ochrony P.B.
Park narodowy w P.B. powinien być powiększony, bo nie przedstawiono dla tego
rozwiązania żadnej rozsądnej i dalekowzrocznej alternatywy. Jest kwestią
tylko możliwości ekonomicznych, w jakim tempie i w ilu etapach powiększenie to
winno być zrealizowane. Tradycyjna gospodarka leśna już się na tym obiekcie
raczej nie opłaca, a Polska ma dodatkowo ponad dwa miliony hektarów gruntów
porolnych oraz trzy miliony potencjalnych robotników. Można by tam zasadzić
ponad 20 lasów równie rozległych jak nasza P. B. Z czasem dostarczałyby one
drewna i pełniły rozliczne funkcje środowiskotwórcze w rozmiarze wielokrotnie
większym niż P.B. Natomiast sama Puszcza, stanowiąca ledwie 0,6% obszaru
polskich lasów, zasługuje na potraktowanie specjalne. Tak jak była
traktowana przez pięć stuleci, od Jagiełły. Ten wyjątkowo cenny park narodowy
Europy nie może pozostawać jednym z najmniejszych, bo to i nielogiczne i
szkodliwe. Tylko w nim lub głównie w nim znajdą swe miejsca trwałego
występowania setki zagrożonych i rzadkich gatunków organizmów żywych, co
dokumentuje m.in. Katalog fauny Puszczy Białowieskiej (J.M.Gutowski i B.
Jaroszewicz, red., 2001). Ten królewski las nie powinien też być w dyspozycji
żadnej grupy zawodowej, ani zależeć od lokalnych władz. Powinien z czasem cały,
z częścią białoruską włącznie, uzyskać specjalny międzynarodowy status prawny
Lasu Europejskiego. Jako wspólne dziedzictwo Białorusinów, Litwinów i Polaków, a
w niedalekiej przyszłości także wszystkich Europejczyków, którzy winni też
wspólnie i solidarnie wesprzeć jego utrzymanie. Decyzja w tej sprawie powinna
być decyzją rangi państwowej i wagi międzynarodowej, a nie gminnej.
Dopuszczenie do blokującego sprzeciwu gmin, które nigdy nie były właścicielami
ani twórcami tych lasów, jest niczym innym, jak nieodpowiedzialnym przywróceniem
samobójczego prawa liberum veto!
6. Podsumowanie. Autor zdumiewa się, dlaczego dziś wystąpienia przeciw
wstecznym i zarazem rażąco autorytarnym postawom we „wschodniopolskim”
leśnictwie są wśród biologów i niektórych leśników ostre, jak nigdy dotąd.
Najwyraźniej nie widzi, że dzięki badaniom naukowym z każdym rokiem polepsza się
znajomość zależności i procesów ekologicznych oraz rośnie świadomość ekologiczna
społeczeństwa, któremu nie da się już wmówić bzdur w rodzaju: „las nie może
istnieć i rosnąć bez ingerencji leśnika”, albo „kornik zje nam całe lasy”.
Aczkolwiek ochrona przyrody w przeszłości wiele zawdzięczała wspierającemu ją
leśnictwu, to dziś sytuacja się zmieniła. Ochrona przyrody staje się coraz
bardziej samodzielną dyscypliną wiedzy w znacznym stopniu korzystającą z
osiągnięć synekologii i genetyki populacji, a te widzą zjawiska przyrodnicze
nierzadko w sposób przeciwstawny tradycyjnemu leśnictwu. Warto zatem zauważyć
pojawienie się tej nowej wiedzy, która zmienia ocenę tradycyjnej gospodarki
leśnej, wspierając tym samym „ekologizację” leśnictwa. Również nasze otwarcie
się na świat sprawiło, że wielu z nas widziało na własne oczy leśnictwo
zagraniczne, postępujące nieraz dokładnie odwrotnie niż leśnictwo
„wschodniopolskie”. Wielu widzi też poważny postęp w polskim leśnictwie z innych
rejonów kraju.
W sumie omawianą wypowiedź można uznać za pouczający przyczynek do tego, jak
nadmierna solidarność grupowa i niechęć do osób spoza swojej grupy może nawet u
ludzi skądinąd nie pozbawionych uzdolnień zaciemniać myślenie czyniąc je
nieobiektywnym. Psychologia ewolucyjna taką ułomność intelektualną nazywa „myśleniem
plemiennym”, któremu przeciwstawiamy dziś otwartość na argumenty ludzi także
innych zawodów, narodowości, czy ras.
Powyższy tekst ukazał się w piśmie "Aura" w numerze lipcowym 2002.